wtorek, 20 sierpnia 2013

VITAL DERM - ZŁOTO MAROKA

Wszystkie dziewczynki, może i chłopcy też, wiedzą, że ostatnim trendem w kosmetyce jest ARGAN - tak zwane Złoto Maroka. Dla tych, co jednak nie wiedzą, wyjaśniam, że gdzieś wyłącznie w jakiejś części Maroka rośnie sobie drzewko o nazwie Argania żelazna. Tamtejsza ludność od pokoleń używała jej do produkcji oleju jadalnego, który zawiera aż 80% nienasyconych kwasów tłuszczowych (czyli tych dobrych), wytłoki z nasion są najlepszą paszą dla bydła i wielbłądów, a w wyniku fermentacji miąszu owoców, powstaje napój alkoholowy o nazwie mahia d'Argan. Oczywiście gdzie byśmy nie pojechali, kobiety z całego świata mają manię upiększania się. Niezależnie od regionu, kultury, majętności. Dlatego Marokanki również znalazły swój sposób na poprawianie swojej urody. Jak się teraz okazało - jeden z najlepszych na świecie. Dlatego też jego cena może niektórym wydawać się zatrważająca. Babeczki z Maroka nadal uzyskują je metodą tradycyjną, jak na zdjęciu...


No dobrze, o arganie wiemy już sporo, ale wchodzimy do drogerii, rozglądamy się, a każda półka, każda firma, każdy dział proponuje nam COŚ Z ARGANEM. Można oszaleć? Można. Ale ja mam na to sposób. CZYTAJCIE ETYKIETKI ZE SKŁADNIKAMI. Bo po co wam krem z olejkiem arganowym, gdzie argan lokuje się na końcu listy, czyli jest go w tym kremie tyle, co kot napłakał? I to się tyczy nie tylko niszowych marek, mówię tu o poważnych, dobrze nam znanych koncernach kosmetycznych. Szukajcie, a znajdziecie, bo ja właśnie znalazłam i polecam w stu procentach!
Firma Vital Derm. Nic dodać nic ująć. I tak mamy:
1. Stuprocentowy kosmetyczny olejek arganowy z ekocertyfikatem.
2. Szampon do włosów z olejkiem arganowym i masłem shea
3. Odżywka do włosów z olejkiem arganowym i kompleksem witamin
4. Serum do włosów na bazie olejku arganowego i kompleksem witamin
5. Maska do włosów na bazie olejku arganowego, protein jedwabiu i kompleksem witamin

Aktualnie w domu posiadam olejek 100%, szampon i odżywkę. Dla moich farbowanych, przesuszonych, pozbawionych blasku i wypadających włosów to lekarstwo.
Szampon jest tępy, trudno go rozprowadzić. Mało się pieni, ale pięknie pachnie i przede wszystkim jest wydajny. Po umyciu, włosy wilgotne są jak strąki, twarde i nieprzyjemne w dotyku, ale gdy tylko wyschną... poezja. I najważniejsze! Do użycia przy każdym rodzaju włosów, nawet przetłuszczających się i z łupieżem, bo olej arganowy reguluje wydzielanie sebum! Nie wahając się ani chwili dokupiłam odżywkę. Włos już podczas kąpieli można było rozczesać palcami bez większego trudu, a przy moich tendencjach do kołtunów to zbawienie. Włosy są miękkie, pachnące, ładnie się układają i lśnią. I chociaż od zapoznania się z tymi kosmetykami miną już chyba ponad miesiąc, ja nadal jestem w szoku. Bo jak to możliwe, że ta perłowa maź, zwana odżywką, która jest tak skoncentrowana, że nie wylewa się z butelki nawet, gdy przechylę ją ujściem do dołu, może z tak widocznym skutkiem działać na moje kudły?
A olejek? Ma uniwerslane zastosowanie, ale ja używam go ostrożnie, bo moja majętność nie pozwala mi wylewać go na siebie bez ograniczeń, ale uwierzcie, że chciałabym, bo warto. Producenci piszą o nim: "nawilża i ujędrnia skórę, działa rewitalizująco, przeciwdziała procesom starzenia się skóry, poprawia jej elastyczność i jędrność, wspomaga odnowę komórek, działa przeciwzapalnie, łagodzi objawy trądziku, usuwa podrażnienia, paznokcie przestają się łamać, są twarde i błyszczące, widoczna poprawa skóry z cellulitem, regeneruje naskórek przy egzemie i bliznach".
Moją skórę dobiła klimatyzacja w pracy. Jest przesuszona. Wykosztowałam się na dobry krem nawilżający, a do tego dokupiłam olejek arganowy i stosuję go na krem. A dlaczego? Bo ma w sobie właściwości, które pozwalają mu ciągnąć za sobą wszystkie inne substancje w głąb skóry. Krem się lepiej wchłania. Bardzo dobrze widać to po nocnej kuracji. Kiedy wstaję, mocno przesuszone miejsca wchłaniają całość, na przykład pod oczami, na czole i w okolicach ust. Natomiast na policzkach i nosie jest troszkę tłusto. To dowód na to z jaką inteligencją działa olejek. Tam, gdzie skóra tego nie potrzebuje, nie dostarcza składników, skupia się na komórkach, które tego najbardziej potrzebują.

piątek, 12 lipca 2013

BALSAM DO CIAŁA POD PRYSZNIC NIVEA

Do niemieckiej marki Nivea zdecydowana większość konsumentów czuje zaufanie, prawda? Utrzymuje się na rynku od ponad stu lat, znamy ją (a przynajmniej moje pokolenie) od dziecięcych lat, kiedy to mama smarowała nam spieczone słońcem noski w lato i srogim mrozem w zimie podczas wariackich zjazdów na sankach. Osobiście Nivea kojarzy mi się z miękkością, bezpieczeństwem i specyficznym zapachem. A jednak, pomimo tych wszystkich sentymentów, gdy zobaczyłam na sklepowej witrynie nowość w postaci BALSAMU POD PRYSZNIC, nastawiłam się do niej sceptycznie i kręcąc nosem otoczyłam półkę wielkim łukiem. Oglądając niedługo potem reklamę telewizyjną, pomyślałam z pretensją: czego oni jeszcze nie wymyślą? Sami przedstawiciele mówią o dopasowywaniu się do potrzeb współczesnej kobiety, która ma coraz więcej pracy i obowiązków, i tym samym coraz mniej czasu wolnego. Taka biedna, spracowana pani zapomina o dbaniu o siebie. Co innego w moim przypadku, kiedy w grę wchodzi raczej lenistwo :) Balsam pod prysznic od Nivea ma ponoć pomóc w obu przypadkach. 
 

Instrukcja obsługi jest prosta:
  1. Myjemy się żelem pod prysznic
  2. Spłukujemy żel
  3. Nakładamy balsam pod prysznic
  4. Spłukujemy balsam.
Tak też zrobiłam. Efekt? Moje miłe Panie! Naprawdę nawilżona skóra jak po balsamowaniu z tym, że nie musiałam czekać, aż się wchłonie i paradować w samej bieliźnie wieczorową porą po domu, przy braku rolet czy zasłon. Od razu po wyjściu z wanny wytarłam się ręcznikiem i założyłam ubranie. Rewelacja! Przyjemny niveowski zapach, skóra jak pupcia niemowlaka, oszczędność czasu, a przede wszystkim przezwyciężenie mojego lenistwa i niechęci do lepiącej skóry po aplikacji zwykłych balsamów. Konsystencja lekka, puszysta i bardzo łatwo rozprowadza się po ciele. Całkiem jakby nakładało się kolejną warstwę żelu pod prysznic, ale to jest zdecydowanie przyjemniejsze. Dodatkowo istnieje możliwość wyboru pomiędzy balsamem odżywczym z olejkiem migdałowym do skóry suchej (opakowanie niebieskie), a nawilżającym z minerałami morskimi dla skóry normalnej i suchej (opakowanie białe). Produkt nie zawiera barwników ani silikonów, czyli jest jak Nivea (z łac. niveus), a więc śnieżnobiały. 
Jakieś wady? Uważam, że nie opłaca się kupować małych wersji (250 ml) balsamu, ponieważ należy użyć go sporo, aby nałożyć na całe ciało. Nie ma tragedii cenowej, ale latanie co chwilę do drogerii po nową butelkę mija się z celem oszczędzania nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim czasu.